Miesięczne archiwum: Sierpień 2017

w górach

Góry to nasz wspólna pasja. Za nami niezliczone godziny górskich wędrówek, czasami trudne warunki pogodowe, odciski, zmęczenie, a obok tego niczym niezmącone szczęście, przestrzeń i cudowne widoki. Mogę na mojego męża liczyć tu na dole i tam na górze. Choć tempo marszu mamy różne, to nie przeszkadza nam to. Ostatecznie zawsze osiągamy ten sam cel razem. Góry są dla mnie bardzo ważne w moim życiu. Jedyne czego żałuję to, że tak późno je odkryłam. Zdobywając szczyty pokonałam własne słabości. Pozwoliły mi zwyciężyć nad moimi ograniczeniami. Dały mi bardzo wiele, dlatego darzę je ogromnym szacunkiem. Mam nadzieję, że Miłosz wkrótce również doceni ich ogromną moc. Każda piesza samodzielna wędrówka to dla syna okazja do treningu, co ma bardzo duże znaczenie w jego codziennym funkcjonowaniu. Terapia ruchu w górach oraz wykorzystanie warunków tam panujących umożliwiły Miłoszowi naukę pokonywania przeszkód takich jak: kamienie, korzenie, powalone drzewa i gałęzie, schody, łańcuchy, drabinki, mosty, kładki, błoto, podejścia i strome zejścia z góry itp. Dzięki temu mógł wykorzystać i doskonalić swoje umiejętności już nie na sali gimnastycznej czy SI, tylko w życiu. Nawet najlepiej wyposażony gabinet nie odda w pełni warunków, które syn będzie miał do pokonania każdego dnia. Ostatni wyjazd w góry, oprócz sięgania wyżej i bycia razem, okazał się niezastąpioną terapią u Miłosza. Wszystko co robimy, robimy z myślą o naszym dziecku. Walczymy o lepszy komfort jego życia i przygotowanie go do samodzielności. Ile z tego uda nam się osiągnąć? Czas pokaże.



Południowy Groń

To już koniec naszej górskiej wyprawy na Małą Fatrę. Na ostatni dzień zaplanowaliśmy trasę prowadzącą malowniczym szlakiem przez Chleb, Hramove, Steny aż na Południowy Groń. Powrót przez dolinę Vratna. Warto zaznaczyć, że był to jedyny szlak, który Miłosz przeszedł cały samodzielnie. Mała Fatra to jedno z najpiękniejszych pasm górskich w jakich byliśmy. Na pewno jeszcze tu wrócimy. Trochę jeszcze zostało szczytów do zdobycia. Z czystym sumieniem mogę polecić wam wszystkim przyjazd tutaj. Nie są to łatwe góry, zwłaszcza dla dzieci. Dlatego jeśli dopiero zaczynacie górską przygodę, Małą Fatrę zostawcie na później.

  
 
  
  

Wielki Rozsutec

Podczas wielu górskich wycieczek, tych bliższych i tych dalszych, często widywaliśmy pasmo słowackiej Małej Fatry. Najbardziej urzekał nas charakterystyczny szczyt Wielkiego Rozsutca, który na liście najwyższych szczytów Małej Fatry zajmuje dopiero piąte miejsce, a na naszej liście życzeń podczas tych wakacji zajmował na pewno pierwsze. Wiedzieliśmy, że łatwo nie będzie. Trasa którą dzisiaj pokonaliśmy to nie spacer. Na szlaku spędziliśmy dziewięć godzin! Kiedy tylko zaczęły się skały Miłosz skorzystał z nosidła. Trasa od przełęczy Medziholie jest trudna dla każdego. A co dopiero dla kogoś z dzieckiem na plecach. Kiedy weszliśmy na sam szczyt, kilkunastu turystów biło gromkie brawa dla taty Miłosza. To co zrobili niewątpliwie na długo pozostanie w moim sercu, a tata Miłosza po dzisiejszym dniu zasługuje na medal. Pozostało jeszcze zejście do przełęczy Medzirozsutce, które Miłosz również pokonał w nosidle, a dalszą trasę z przełęczy już samodzielnie. I tu mała niespodzianka – trzeba było za nim biec!

  
  

Wielki i Mały Krywań

Najwyższy szczyt Małej Fatry został zdobyty! Skorzystaliśmy dzisiaj z kolejki linowej, którą dostaliśmy się prawie pod sam szczyt Wielkiego Krywania, z którego ruszyliśmy dalej w kierunku Pekelnika i Małego Krywania. Tam przerwa na posiłek. Jedząc kanapki całą Małą Fatrę mieliśmy jak na dłoni. I co chwila nazywaliśmy kolejno szczyty lub pasma gdzie już byliśmy – na horyzoncie Beskidy, na prawo Tatry, a przed nimi Góry Choczańskie, dalej Tatry Niżne, Wielka Fatra (jeszcze tam nie byliśmy), a po lewej Strażowskie Wierchy. Wracając każdy z nas co chwila się potykał. Trudno patrzeć pod nogi kiedy ma się przed sobą taki widok.

  
  
  
  

Kraviarske

Góry i lasy „zapłonęły” dzisiaj dla nas. Wszystko za sprawą nocnej ulewy. Mieliśmy nadzieję, że to tylko poranna mgła zwiastująca dobrą pogodę dlatego wybraliśmy dość długi szlak prowadzący przez trzy szczyty (Baraniarky, Zitne i Kraviarske). Największym problemem było błoto. Dało nam się dotkliwie we znaki. Czasami było jak na lodowisku. Trasa była na tyle wyczerpująca, że jeszcze przed pierwszym szczytem Miłosz skapitulował. Odpoczywał w nosidle ponad dwie godziny. Dopiero schodząc dał się przekonać na samodzielny marsz. Kiedy podchodziliśmy do ostatniego szczytu mgły się rozproszyły. Wielki Rozsutec wyglądał jak wulkan w czasie erupcji. Mała Fatra jest piękna.

  
  
  
 

Zbójnicki chodnik

Po wczorajszym długim i męczącym marszu zaplanowaliśmy na dzisiaj przejście dość krótkim szlakiem z Tiesňavy zwanym „Zbójnickim chodnikiem”. Po dotarciu na parking przed nami ukazała się niemal pionowa ściana. Od razu zrozumieliśmy, że łatwo nie będzie. Przejście pierwszych dwóch kilometrów zajęło nam dwie godziny! Właściwie nie było to przejście, a wspinaczka. Miłoszowi udało się pokonać cały Zbójnicki chodnik, nawet jeśli sam miał się wspinać na skałę lub wchodzić po drabince. Najbardziej emocjonujące było przejście jedną ze ścian skalnych jednak nie pionowo, a poziomo. Miejsca było akurat tyle żeby zmieściły się stopy. A w dole przepaść. Teraz rozumiem dlaczego o Małej Fatrze mówi się czasami, że to Tatry w miniaturze. Od dzisiaj Miłosz na szlak będzie zabierał obowiązkowo kask.

  
  
  
  

Mały Rozsutec

Nad Małą Fatrą zaświeciło słońce! Już o 8:30 byliśmy na szlaku. To wcześnie, prawda ale plan był ambitny – Mały Rozsutec. Według mapy czekało nas co najmniej pięć godzin marszu plus odpoczynki. Podejście i zejście z samego szczytu Miłosz pokonał w nosidle. Sił miał jeszcze sporo ale nie dałby rady wspinać po łańcuchach i klamrach. Poza tym byłoby to bardzo niebezpieczne. Ja sama się bałam. Dodatkowo dochodziły do mnie co jakiś czas jęki taty. Nie ma się co dziwić. Wchodził po niemal pionowej ścianie, a na plecach miał 16 kilogramów żywej wagi plus bagaż. Widoki ze szczytu zrekompensowały nam cały trud. Zejście było równie trudne jak wejście. Na polanie pod szczytem zobaczyliśmy go w całej okazałości. Ochom i achom nie było końca. Wracaliśmy szlakiem prowadzącym przez Diery. Widoki zapierają dech w piersiach. Ilekroć pojawiały się łańcuchy, klamry czy liny stalowe Miłosz wchodził do nosidła. To był długi dzień. To był piękny dzień.

  
  
    
  

Mała Fatra

Nastał wreszcie błogi czas odpoczynku. Jesteśmy na wakacjach! Po raz pierwszy wybraliśmy się z Miłoszem poza granicę naszego kraju. Przez cały tydzień będziemy aktywnie wypoczywać na Słowacji. Celem naszej wyprawy jest Mała Fatra. Nocujemy we wsi Terchová. Jest ona rodzinną wioską Juraja Jánošíka – najsłynniejszego karpackiego zbójnika… Póki co aura nam nie sprzyja. Jednak pomimo tego wybraliśmy się wczoraj na krótki szlak prowadzący na Pupov. Przemoczeni niemal do suchej nitki wróciliśmy do Terchowej. No cóż czasem bywa też i tak.

  
  
  

Malinowska Skała

Po powrocie z Jury zapadła decyzja „jutro jedziemy w góry”. Mimo zmęczenia, późnej pory, zaczęłam pakować plecaki, a tata w tym czasie szukał szczytu, który Miłosz mógłby zdobyć o własnych siłach. Ostatecznie wybór padł na Malinowską Skałę (1152 m n.p.m.) w Beskidzie Śląskim. Kiedy tylko dotarliśmy na parking zaczął padać deszcz, a temperatura spadła do 15 C. Wyruszyliśmy z małym opóźnieniem. Trasa była krótsza od tej sprzed tygodnia. Miłosz radził sobie doskonale. To już wytrawny turysta i to pomimo faktu, że całą drogę powrotną padał deszcz. Dla Miłosza taka wycieczka to świetny trening. Salę do integracji sensorycznej znaleźliśmy na górskim szlaku!

  
  
  
  

rowerem po Jurze

Miłosz w ostatnim czasie niemalże każdego dnia zadaje to samo pytanie: „Gdzie pojedziemy?”. A my na miarę swoich możliwości staramy się mu pomóc w tej jego chęci poznawania świata. Wczoraj zgodnie odpowiedzieliśmy synowi: „Pojedziemy na wycieczkę na Jurę!”. Dziecko się ucieszyło, choć pewnie nie wiedziało co to jest i jakie przygody go czekają. Postanowiliśmy odwiedzić kilka miejsc, w których byliśmy przed narodzinami Miłosza. Wedy trasę pokonaliśmy pieszo, a dziś rowerami całą rodziną. Dzięki temu, mogliśmy ją trochę zmodyfikować i wydłużyć, to zaleta tego środka lokomocji. To była niewątpliwie przygoda, strome zjazdy, momentami gęsty las, wokół nikogo, cisza spokój, kamienie, skały, korzenie, wielokrotnie też zmuszeni byliśmy zejść z rowerów i pchać je pod górę po bardzo trudnym terenie. Po raz kolejny okazało się także, że wybierając w naszym odczuciu skrót nie kończy się to dla nas zbyt dobrze. Ale jak zawsze tata wybawił nas i ostatecznie znalazło się wyjście z opałów (czytaj z lasu) odnajdując szlak. Jak było? Super, ale też ekstremalnie ciężko ze względu na region. Najważniejsze jednak w tym wszystkim jest to, że staramy się nadążyć za potrzebami dziecka, a ono z dziecięcą radością korzysta z życia. Wieczorem znów zadał pytanie…