Archiwa autora: Justyna Palaszewska

jesienne Gorce – Kudłoń

Na dzisiejszą wycieczkę wyruszyliśmy nieco wcześniej niż zazwyczaj. Aby dostać się na szlak musieliśmy najpierw pokonać autem prawie 60 km. Naszym celem był Kudłoń (1274m n.p.m.). Wyruszyliśmy z polany Trusiówka przez Dolinę Kamienicy. Przez dłuższy czas szlak prowadził lasem jednak później przechodził przez kilka polan dzięki czemu mogliśmy podziwiać piękno Gorców. Na szlaku pustki. Można się natknąć na pojedyncze osoby. Uwielbiam takie wędrówki. Miłosz radzi sobie znakomicie. Jestem z niego naprawdę dumna.

  
  
  

jesienne Gorce – Turbacz

W trzecim dniu naszych jesiennych wakacji kondycja jest już na najwyższym poziomie. Dlatego zdecydowaliśmy się na najdłuższy szlak na naszym wyjeździe. Nasz cel to Turbacz najwyższy szczyt Gorców, który zazwyczaj jest oblegany przez licznych turystów. Dlatego właśnie wchodziliśmy na niego dzisiaj, po weekendzie. Przeczucie nas nie myliło. Zarówno na szlaku jak i wokół schroniska spotkaliśmy zaledwie kilka osób. Nie wchodziliśmy na sam wierzchołek szczytu, który jest nieco oddalony od schroniska. Ale za to wydłużyliśmy naszą wędrówkę o Jaworzynę Kamienicką. To był strzał w dziesiątkę. Widoki jakie się stamtąd rozpościerają zapierają dech w piersiach. Warto było nadłożyć drogi. Choć nie czuję nóg i nie wiem jak jutro dam radę iść to nie żałuję ani jednego kroku.

  
  
  

jesienne Gorce – Gorc

Cudownie jest być w górach. Rewelacyjne jest być w górach jesienią, które o tej porze roku są wyjątkowo malownicze. Błękit nieba, jesienne barwy liści na drzewach, pożółkła trawa i słoneczna pogoda. Czy można chcieć czegoś więcej? Dzisiejsza wędrówka była wyjątkowa. Naszym celem był Gorc. Wyruszyliśmy na niego z Jamnego przez Chatę Gorczańską. To dłuższy szlak ale zdecydowanie było warto. Aż do samego szczytu nie napotkaliśmy nikogo. Było po prostu cudownie. Na samym Gorcu (1228m n.p.m.) gwarno i jak na nasze warunki tłoczno. Wszystko za sprawą wieży widokowej znajdującej się na jego wierzchołku. Szybko ewakuowaliśmy się nieco dalej. Dobrze, że nikt nie wybrał trasy, którą my przyszliśmy. Gorce potrafią zachwycić.

  
  
  

jesienne Gorce – Lubań

Korzystamy z pięknej pogody. A jak? Oczywiście w górach. Nie mogliśmy inaczej. Będziemy tu kilka dni. Wiemy, że dla Miłosza taki wyjazd to same korzyści. Przekonujemy się o tym za każdym razem. Jesteśmy w Gorcach. Poza Turbaczem to pasmo górskie jest nam całkowicie nieznane. Dzisiaj wchodziliśmy na Lubań. Jego szczyt wznosi się na wysokość 1211m n.p.m. ale my weszliśmy jeszcze wyżej. Wszystko za sprawą wieży widokowej, z której rozpościerają się niesamowite widoki. Tatry, do których wciąż wzdychamy mieliśmy na wyciągnięcie ręki. Cały szlak poza wierzchołkiem Lubania i krótkim odcinkiem Głównego Szlaku Beskidzkiego był całkowicie pusty. Nie napotkaliśmy dosłownie nikogo. Uwielbiam takie trasy. Miłosz poradził sobie znakomicie.

  
  
  

biegowy jubileusz

Ostatnie niedzielne biegi dla dzieci były wyjątkowe. I wcale nie chodzi mi o doping jaki otrzymał Miłosz. Nawet nie chodzi o to jak bardzo wyróżniona się czułam. Chodzi o to, że Miłosz dobiegł do mety po raz… dwudziesty! Dokładnie trzy lata temu w październiku 2015 roku, a więc kiedy nie miał jeszcze skończonych trzech lat, wystartował pierwszy raz. Bieg był bardzo dużym przeżyciem. W chwili startu Miłosz się rozpłakał i płakał przez całą drogę aż do mety. Nie potrafił jeszcze biegać więc do mety szedł wolnym krokiem. Bardzo wolnym. Z czasem pokonał ten lęk, a udział w kolejnych biegach oznaczał tylko radość. Zwłaszcza, że na mecie czekał medal. Były już biegi w piekącym słońcu i w mroźnym styczniu, w deszczu i śniegu, po trawie i miękkim piasku, krótkie 100 metrowe i długie 2 kilometrowe. Jednak to właśnie ten pierwszy bieg na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Szczególne zapamiętam również bieg z przeszkodami w jakim niedawno Miłosz brał udział. To było naprawdę trudne i wyczerpujące. Zarówno dystans jak i przeszkody. Na każdy medal Miłosz w pełni zapracował. Dzisiaj jest to imponująca kolekcja. Na pewno będzie powiększana. Przed nami kolejne imprezy biegowe, do których zachęcamy innych. To wspaniałe przeżycie zarówno dla dziecka jak i dla rodzica. Do zobaczenia na starcie!

  
  
  
  

3, 2, 1, start!

Miłosz wziął dzisiaj udział w kolejnym biegu dla dzieci. Tym razem to bieg charytatywny. Cieszymy się że sami również możemy komuś pomóc. Miłosz jest coraz starszy, a więc i dystans coraz dłuższy. Dzisiaj było to 250 metrów. Chłopcy wystartowali jak z procy. Choć wydawać by się mogło, że Miłosz porusza się bardzo szybko to jednak jest to zdecydowanie wolniej od innych. Dzięki organizatorowi fundacja Biegamy z Sercem Miłosz otrzymał fantastyczny doping na całej długości biegu. To było bardzo wzruszające. Pomimo tego, że do mety dotarł jako ostatni zawodnik, to dzięki skandowanym okrzykom i oklaskom dla Miłosza poczułam jakby przybiegł pierwszy. A już na pewno ja sama czułam się jak zwycięzca.

  
  
  

powrót na basen

Ostatnie zajęcia na basenie odbyły się w sierpniu. Po długiej przerwie wracamy do tej formy terapii. I chyba nikomu nie muszę mówić jak wielka była radość Miłosza na wieść o tym, że jedzie na basen. Na zajęciach nowe zadanie: zeskok do wody, wyłowienie skarbu (piłeczka) i powrót na brzeg. Wszystko oczywiście samodzielnie. I jak poszło naszemu zuchowi?

 

codzienne problemy i zmagania

Kiedy ktoś mówi, że dziecko rośnie jak na drożdżach wszyscy się cieszą. Bo to przecież normalne. Tak powinno być i tego właśnie oczekujemy. My również się cieszymy. Miłosz jest coraz wyższy i cięższy. Oczywiście ze względu na mózgowe porażenie dziecięce zawsze pozostanie osobą wiotką i drobnej budowy ciała. Dzisiaj do niektórych rówieśników jeszcze sporo mu brakuje. Start nie był łatwy. Kiedy jego koledzy mieli już po kilka miesięcy, on dopiero się urodził (jest z grudnia) z wagą nie przekraczającą 1 kilograma, a dokładnie 990 gram. Dzisiaj nadrabia zaległości, masa ciała rośnie co powinno cieszyć jak już wcześniej wspomniałam. Jednak dla nas to niestety też problem. Jednostronne porażanie mózgowe (u Miłosza jest to lewa strona ciała) oznacza również, że ta strona rozwija się wolniej. Inaczej mówiąc, im szybszy wzrost ciała tym widoczna jest większa jego asymetria. Dzisiaj nie potrzeba już mierzyć długości rąk czy nóg. Gołym okiem widać, że ręka jest krótsza. Jeszcze bardziej widoczne jest to na nogach. Lewa stopa jest drobniejsza i krótsza, tak jak cała lewa noga (około 1 cm). Kiedy bluzka pasuje z prawej strony, z lewej zwisa do połowy dłoni. Prawy but pasuje idealnie, lewy jest o jeden rozmiar za duży. Jak sobie radzimy? Od maja Miłosz używa wkładki ortopedycznej do lewego buta. Wkładka została wykonana na indywidualne zamówienie (czytaj nie jest tania), przede wszystkim podwyższa nogę i ustawia stopę w prawidłowym położeniu. I tak się stało. Jakość chodu znacznie się poprawiła. Od września Miłosz chodzi w ortezach. Również były robione na indywidualne zamówienie. Ortezy znacznie poprawiły postawę ciała. Lepsza jest także jego stabilizacja. Miłosz zaczął obciążać w czasie chodu lewą stronę ciała. Jednak nie może chodzić w nich cały dzień. Ortezy znacznie osłabiają mięśnie uczestniczące w czynnych chodzie. Dlatego Miłosz w ciągu dnia korzysta z wkładki, a popołudniami w domu chodzi w ortezach. Ortezy, wkładki i buty do ortez to wydatek prawie 3 tys. zł. Część została zrefundowana przez NFZ, a pozostałą kwotę pokryliśmy ze środków uzyskanych z 1%.

  

ścianka wspinaczkowa

Dokładnie rok temu Miłosz zaczął swoją przygodę ze ścianką wspinaczkową. Początek był bardzo trudny. Przeszło nam nawet kilka razy przez myśl czy aby nie porwaliśmy się z motyką na słońce. Jednak tak jak to zawsze bywa, również i w tym przypadku najważniejsze okazały się być konsekwencja i determinacja. Dzisiaj na ściance Miłosz radzi sobie naprawdę dobrze. Oczywiście sporo rzeczy jest do poprawy. Głównie chodzi o lewą stronę ciała, której Miłosz najchętniej by nie używał wcale. Cieszę się że dla niego wspinanie się po ściance oprócz ciężkiej pracy jest również świetną zabawą.

Lysa Hora

Za nami piąta wyprawa w Beskid Śląsko-Morawski w tym roku. Za swój cel obraliśmy najwyższy szczyt tego pasma, którym jest Lysa Hora wznosząca się na wysokość 1323 m n.p.m. Wydawało się że trasa będzie dość łatwa bo miała liczyć około 13 km. I tak było. Jednak ich pokonanie zajęło nam nieco ponad 6 godzin. Jak łatwo policzyć poruszaliśmy się w tempie 2 km na godzinę. Podejście i zejście okazało się męczące nawet dla nas dorosłych i doświadczonych górołazów. Miłosz choć całość pokonał samodzielnie to był bardzo wyczerpany. Widoki na szczycie zrekompensowały nam trudy wędrówki. Lysa Hora to jeden z nielicznych szczytów, z którym rozciąga się tak szeroka panorama obejmująca Beskid Śląski i Żywiecki, Wielką i Małą Fatrę, Wielki Chocz, a na horyzoncie widoczne były zaśnieżone już szczyty Tatr. Męczące wyprawy to takie, które przeklina się całą drogę i wspomina z uśmiechem na twarzy przez najbliższe kilka lat. Do zobaczenia na szlaku!