Archiwa kategorii: Przygoda

Ohniste 1538 m n.p.m.

Kolejna wycieczka za nami. Nasz cel to Ohniste (1538 m n.p.m.). Jego główną atrakcją jest skalna brama na szczycie o wysokości 10 metrów. Szlak nie jest trudny technicznie jak na warunki tatrzańskie. Jednak aby do niego dotrzeć trzeba pokonać odcinek 11 km. A teraz uwaga – Ohniste to kolejny szczyt, który Miłosz zdobył samodzielnie! Mało tego. Ostatecznie pokonał dzisiaj aż 16 km. Jednak nie dystans jest istotny, a styl w jakim to zrobił. Jakość chodu zarówno pod górę jak i z góry była rewelacyjna. Problem pojawiał się jedynie kiedy trzeba było iść po kamieniach, np. kiedy szlak prowadził niemal korytem rzeki. Jesteśmy z niego bardzo dumni. Tatry Niżne to naprawdę trudne i wymagające góry.

  
  
  

Chopok 2024 i Dumbier 2046 m n.p.m.

Miłosz po raz pierwszy w swoim życiu zdobył dwutysięcznik! Chopok (2024 m n.p.m.) i Dumbier (2046 m n.p.m.) to najwyższe szczyty Tatr Niżnych i najwyższe na jakich Miłosz był do tej pory. Na Chopok wjechaliśmy kolejką linową, a dokładnie trzema. Dalej pozostał marsz na Dumbier. Prowadzi tam szlak, na którym ułożono skalne bloki, mniejsze i większe. Dla dorosłej osoby nie stanowią one problemu. Co innego dziecko, zwłaszcza takie które ma problemy tak jak Miłosz. Wędrówka była wyczerpująca. Niemal w co drugim, trzecim kroku Miłosza, noga  zamiast na kamieniu lądowa w szczelinie pomiędzy nimi. Ostatecznie samodzielnie pokonał tylko połowę trasy z 9,5 kilometrowej wędrówki.

  
  
  

Poludnica 1549 m n.p.m.

Jest! Udało się! Pierwszy szczyt w Tatrach Niżnych zdobyty samodzielnie przez Miłosza! Okazała się nim Poludnica (1549 m n.p.m.) i chociaż już na parkingu po wyjściu z auta Miłosz powiedział „tata weź mnie na ręce” to odpowiednia motywacja sprawiła, że ostatecznie wszedł sam na szczyt gdzie otrzymał od nas gromkie brawa. Sama Poludnica warta jest polecenia. Widok zapiera dech w piersiach. Szlak miał być krótki takie były plany, ale tak dobrze się szło że ostatecznie zmieniliśmy trasę i zamknęła się pętlą liczącą 16 km. Trochę za dużo. Trasy w Tatrach Niżnych są bardziej wymagające. Czuję to w swoich nogach. Bolą mnie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia.

  
  

Krakova hola 1752 m n.p.m.

To był trudny dzień w całości spędzony na szlaku, ale jednocześnie cudowny. Chociaż nie czuję nóg i pewnie jutro będę stękać to warto było. Naszym celem była Krakova hola (1752 m n.p.m.). Początkowo szlak był bardzo przyjemny i nic nie zapowiadało nadchodzących problemów. Niestety znowu w kilku miejscach szlak był całkowicie zawalony drzewami. Straciliśmy sporo czasu i sił aby pokonać wszystkie przeszkody i wcale nie byłam pewna czy za chwilę któraś z nich okaże się być nie do przejścia. Choć szlaki w Tatrach Niżnych uważam za wymagające to Miłosz świetnie dawał sobie radę. Niestety nie udało mu się zdobyć szczytu samodzielnie. Zabrakło mu dokładnie 800m (około 20 minut). Wydaje się być mało ale nie dałby już rady. Na całej trasie odpoczywał jeszcze kilka razy w nosidle (biedny tata). Widoki ze szczytu jak i pod szczytem zachwycające. Jak na dłoni mieliśmy Małą Fatrę. Mogliśmy wspominać zeszłoroczną wyprawę. Oprócz tego doskonale widoczne Tatry Zachodnie i Wysokie (szczyty w chmurach) Wielki Chocz, czy Babia Góra. Cała dzisiejsza trasa liczyła prawie 19 km. Mam nadzieję, że na jutro mój maż przygotował coś krótkiego.

  
  

Sina 1560 m n.p.m.

Pierwszy szlak miał być rozgrzewką. Wybraliśmy krótką trasę na Siną. Trasa miała liczyć około 8 kilometrów. I tyle liczyła, jednak trudności jakie napotkaliśmy na szlaku spowodowały, że z rozgrzewki zrobił się chrzest bojowy. Początkowo szlak wiódł wąskim wąwozem wzdłuż górskiego potoku przez który co jakiś trzeba było przejść co znacznie wydłużyło czas naszego podejścia. Kiedy sforsowaliśmy dość ostre podejście na przełęcz Siną, zobaczyliśmy setki powalonych drzew. Nie poddaliśmy, szliśmy dalej. Przeszkodę trzeba było obejść. Zrobiliśmy dość duże koło ale w końcu udało się dotrzeć z powrotem na szlak. Kiedy byliśmy niemal na przełęczy okazało się że zrobiliśmy dopiero 3 kilometry. Pokonanie tego odcinka zajęło nam (uwaga!)… 3 godziny. Miłosz był wyczerpany więc tata wziął go do nosidła. Został jeszcze godzinny odcinek na sam szczyt. Niestety okazało się że na tym szlaku również jest mnóstwo powalonych drzew. Dodatkowo wiedzie on granią i niestety nie byliśmy wstanie obejść przeszkody. Zwłaszcza z dzieckiem na plecach w nosidle. Poddaliśmy się. Na szczęście widoki z samej przełęczy były na tyle imponujące, że zrekompensowały nam porażkę.

  
  
  

Trójmiasto – dzień 2

Wracamy do Trójmiasta. Tym razem wycieczkę zaczynamy od Gdańska. A dokładniej od latarni morskiej. Z jej szczytu dostrzec można port, zatokę Gdańską oraz Westerplatte. Następnie skierowaliśmy się na wzgórze Pachołek (101 m n.p.m.) w Gdańsku Oliwie gdzie na szczycie zamontowano wieżę widokową. Stąd dopiero był niesamowity widok. Cały Gdańsk jak na dłoni! Kolejny przystanek to Sopot. Nie mogliśmy przegapić słynnego molo. Całe Trójmiasto jest tłoczne i gwarne. Trudno było nam się tam poruszać. Zdecydowanie wolimy mniej uczęszczane miejsca. Okazała się nim wyspa Sobieszewska. Z dala od tłumów i hałasu zatrzymaliśmy się przy rezerwacie Ptasi Raj. Tu dopiero mogliśmy odpocząć.

  
  

Trójmiasto – dzień 1

Za nasz cel obraliśmy Trójmiasto. W pierwszym dniu zawitaliśmy do Gdyni. W porcie Miłosz oglądał dumnie prezentujący się Dar Pomorza oraz ORP Błyskawica. Największą atrakcją dla Miłosza okazało się Akwarium Gdyńskie gdzie mógł podziwiać ryby niemal z całego świata. Zaskoczyło mnie to jak bardzo był zainteresowany każdym akwarium i jak długo przy każdym stał z zaciekawieniem. Kolejnym przystankiem było koło widokowe, z którego mogliśmy zobaczyć cały port. Doskonale widoczna była również Mierzeja Helska gdzie byliśmy w zeszłym roku. Po krótkim odpoczynku na Kamiennej Górze zdecydowaliśmy o powrocie. Jutro czeka nas kolejna część trójmiejskich atrakcji.

  
  

w górach nad morzem

Dzisiaj chcieliśmy nieco odpocząć od słońca i schroniliśmy się w lesie. Pojechaliśmy do pobliskiego Elbląga. Tam na skraju Parku Krajobrazowego Wysoczyzny Elbląskiej znajduje się Bażantarnia, a w niej liczne szlaki piesze. Nas szczególnie urzekł jeden z nich – niebieski. Podzielony jest na dwa etapy leśny i górski. I chyba nie muszę nikomu mówić dlaczego wybraliśmy właśnie ten szlak. Szukając informacji na jego temat jedna powtarzała się niemal wszędzie „szlak jest trudny i wymaga dobrej kondycji”. Czytałam to z przymrużeniem oka. Pierwsze 1,5 godziny upłynęło nam na miłym spacerku w pięknym liściastym lesie. Owszem było i ostro pod górkę i z górki ale co dla nas. Potem odechciało mi się wszystkiego. Problemem nie jest nawet trudność techniczna szlaku. Jest on tak rzadko odwiedzany, że częściowo jest zarośnięty. Do tego dochodzą liczne powalone drzewa, których nikt nie usuwa. Kilka razy zgubiliśmy się. I gdyby nie aplikacja mobilna chyba musielibyśmy zawrócić. Pokonanie dystansu 12 kilometrów zajęło nam ponad 4 godziny. Należała nam się solidna dawka odpoczynku. A gdzie najlepiej jak nie na plaży, w końcu jesteśmy nad morzem.

  
  

szlakiem Kopernika

Dzisiaj podążaliśmy szlakiem Mikołaja Kopernika dlatego zawitaliśmy do Fromborka. To właśnie tam Kopernik opracował swoje słynne dzieło. Najpierw wspinaczka na Wieżę Wodną, później nieco wyżej Wieża Radziejowskiego (dawna dzwonnica przy katedrze). Stąd rozciąga się widok na malownicze miasto oraz Zalew Wiślany. Kolejnym przystankiem była pochylnia Buczyniec na Kanale Elbląskim. Wsiedliśmy na statek i płynęliśmy po… trawie! Wrażenia niesamowite. Myślę, że nie będzie przesadą jeśli powiem, że to ewenement na skalę światową. Miłosz był zachwycony.

  
  

Mierzeja Wiślana

Od czterech lat pierwszy tydzień czerwca spędzamy nad morzem. Jednak nigdy wcześniej nie było tak gorąco. Z nieba leje się żar. Nieco ochłody można znaleźć tylko na plaży. W drugim dniu odkrywamy Mierzeję Wiślaną. Trasę pokonujemy na rowerach. Start w Kątach Rybackich, meta w Piaskach. Po drodze zatrzymujemy się w Krynicy Morskiej gdzie zwiedziliśmy latarnię morską oraz Wielbłądzi Garb. To wydma wysoka na 49,5 metra. Na szczycie znajduje się platforma widokowa dzięki, której można zobaczyć Zalew Wiślany i otwarte morze oraz wąski pas lądu oddzielający te akweny. Piaski to ostatnia miejscowość na Mierzei Wiślanej. Dalej jest granica państwa i Unii Europejskiej z Rosją. Po pokonaniu 25 kilometrów zasłużone plażowanie. Trwało bardzo długo. Nikomu nie chciało się wracać zwłaszcza, że do pokonania było kolejne 25 kilometrów. Mimo pokonanego dystansu czuję się naprawdę świetnie. To był udany dzień.